Sopot - pole namiotowe
Ostatnie wakacje w Sopocie były najgorsze, jakie w ogóle przeżyłem w całym swoim życiu. Namówiłem kumpli, byśmy pojechali nad morze, lecz tym razem nie gdzieś w ustronne miejsce a do takiego miasta, jak Sopot właśnie. Rozlokowaliśmy się na polu namiotowym i nawet nam przez myśli nie przeszło, że była to wyjątkowo zła decyzja. Ośrodek wczasowy
Sopot, który był po sąsiedzku, miał doskonałą kantynę, więc mieliśmy w zasadzie pod nosem doskonałe i tanie obiady, pozostałe posiłki organizowaliśmy we własnym zakresie. Gorzej już było z tym, kto mieszkał w pobliżu nas. Dwa namioty dalej rozbiło się trzech osiłków z jedną lalą i dosłownie zakłócali wszystkim spokój. Nie dało się dosłownie wytrzymać. Ze wszystkimi wokół mieli jakieś zatargi. Kiedy jednego wieczoru wróciliśmy do namiotu, to zobaczyliśmy, że w środku niema kompletnie niczego, za to nasi sąsiedzi bardzo rozweseleni - skąd mieli kasę na to całe piwsko? Gdyby nie autostopy to byśmy nie mieli, jak wrócić do domu. Z osiłkami nie walczyliśmy, bo kto chce dostać kosę pod żebra, a poza tym dowodów żadnych nie mieliśmy. Taka to historia wiąże się z Sopotem.